Wróć do Tekstów

16 września 2026 · 4 min czytania

Katalog, który sam się mierzy. Co powiedziało 340 podejść

Trzy dni targów, jedenaście tabletów, pięćdziesiąt godzin czasu aktywnego. Papierowy katalog nie powie Ci, czego ktoś szukał. Ten powiedział.

Ekran startowy katalogu na tablecie

Handlowiec na targach ma dwie minuty. Klient stoi, ogląda, pyta o coś, czego nie ma na stole. Katalog papierowy waży tyle, ile waży, i kończy się tam, gdzie kończy się papier. Nie pokaże zestawu, w którym produkty łączą się ze sobą. Nie powie po targach, co ludzi naprawdę interesowało.

Zbudowałem aplikację na tablety, która działa bez internetu i po zakończeniu targów oddaje raport z zachowań zwiedzających. Jeden plik, bez paczek do budowania, font osadzony lokalnie. W hali targowej ma otwierać się natychmiast, a nie czekać na hotelowe wi-fi, którego i tak nie ma.

Co zmierzyłem

Katalog pierwszej marki. To działa, kliknij w produkt albo w zestaw.Otwórz w nowej karcie
340 podejśćw trzy dni, na jedenastu tabletach
~50 godzinczasu aktywnego przy urządzeniach
69% i 73%podejść zakończonych otwarciem konkretnego produktu

Te dwie ostatnie liczby to dwie różne marki na jednym silniku. Siedem na dziesięć osób, które w ogóle wzięły tablet do ręki, weszło w kartę konkretnego produktu. To nie jest liczba, którą da się zdobyć z papieru, bo z papieru nie da się zdobyć żadnej liczby.

Pasek zestawu: wejście, które wygrało u jednej z marek

Ten sam silnik, dwa różne zachowania

Najciekawsze nie było w podsumowaniu, tylko w rozbiciu. U pierwszej marki ludzie wchodzili przez siatkę produktów: sto siedemdziesiąt sześć wejść. U drugiej przez pasek zestawu: dwieście siedemdziesiąt pięć. Ta sama aplikacja, ten sam układ, dwa różne wzorce.

Katalog drugiej marki na tym samym silniku. Wejście prowadzi przez pasek zestawu.Otwórz w nowej karcie

Ekrany zestawów z katalogu8

Średnie podejście też się rozjechało: pięć i pół minuty u jednej marki, prawie czternaście u drugiej. Czternaście minut przy tablecie na targach to nie jest przeglądanie. To jest rozmowa, w której tablet jest trzecią osobą.

Wniosek dla projektu jest prosty i nudny: nie ma jednego dobrego wejścia do katalogu. Marka, która sprzedaje pojedyncze produkty, potrzebuje siatki. Marka, która sprzedaje kompletne rozwiązania, potrzebuje paska zestawu na wierzchu. Gdybym postawił jedno wejście dla obu, jedna z nich straciłaby połowę interakcji i nikt by się nie dowiedział.

Dlaczego bez internetu

Decyzja o działaniu bez sieci nie była techniczną fanaberią, tylko wyliczeniem ryzyka. Hala targowa to najgorsze możliwe warunki radiowe: tysiące urządzeń, konstrukcje stalowe, sieć organizatora dzielona przez wszystkich wystawców. Aplikacja, która potrzebuje sieci, padnie w najgorszym momencie, czyli wtedy, gdy przy stoisku stoi ktoś ważny.

Instrukcja dla handlowców, sześć ekranów6

Więc katalog nie prosi o nic. Całość, łącznie ze zdjęciami produktów i swatchami kolorów, siedzi na urządzeniu. Statystyki odkładają się lokalnie i schodzą dopiero po targach. Zero zależności to zero powodów do awarii.

Czego bym nie powtórzył

Dane produktowe przenosiłem ręcznie z systemu zarządzania zasobami, bo nie było eksportu, który by je oddał w całości. To był największy koszt czasu w całym projekcie i najmniej projektowa część pracy. Gdybym robił to jeszcze raz, zacząłbym od rozmowy o eksporcie, a nie od interfejsu.

Drugą rzeczą jest brak zdjęć wizerunkowych. Katalog spadł na packshoty, czyli na zdjęcia produktu na białym tle. Działa, ale to jest katalog, nie opowieść. Zdjęcie człowieka w terenie sprzedaje inaczej niż zdjęcie kurtki na wieszaku, a tego na targach szczególnie brakowało.

Dwa języki, jedno dotknięcie

Targi są międzynarodowe, więc katalog jest po polsku i po angielsku, przełączany jednym dotknięciem w rogu ekranu. To brzmi jak drobiazg, ale jest to jedyny element interfejsu, którego handlowcy używali świadomie i o którym mówili sami z siebie. Powód jest prozaiczny: przy stoisku nie ma czasu na tłumaczenie nazwy produktu, a zmiana języka w połowie rozmowy jest szybsza niż szukanie słowa.

Konsekwencja projektowa jest taka, że obie wersje muszą być kompletne od pierwszego dnia. Katalog, w którym połowa opisów jest tylko po polsku, wygląda przy zagranicznym kliencie gorzej niż katalog wyłącznie angielski.

Co było w raporcie

Raport po targach nie jest listą kliknięć. Jest to zestawienie trzech rzeczy: którymi drogami ludzie wchodzili do katalogu, ile czasu spędzali w każdej sekcji i które produkty otwierano najczęściej. Nic więcej, bo więcej i tak nikt by nie przeczytał.

Strona statystyk (zamknięta kodem)

Najbardziej praktyczna część to lista produktów, które otwierano, a których nie było na stoisku fizycznie. To jest gotowa odpowiedź na pytanie, co zabrać na następne targi, i jedyna rzecz w całym projekcie, która przekłada się na decyzję zakupową bez żadnej interpretacji.

Co z tego wynika dla klienta

Katalog, który się mierzy, kosztuje mniej więcej tyle samo co katalog, który się nie mierzy, a po trzech dniach oddaje mapę tego, czego szukali ludzie przy stoisku. Ta mapa jest wart więcej niż sam katalog, bo mówi, co produkować, co promować i którą drogą prowadzić następnego klienta.

Wróć do Tekstów